Przejdź do treści
Strona główna » Milka Wyszkowska – wywiad

Milka Wyszkowska – wywiad

  • przez

Teatr Amatorski w Podlaskim się „ma” a to już jest sukces w ruchu amatorskim.

Milka Wyszkowska to działająca na Podlasiu instruktorka teatralna, animatorka kultury, ale przede wszystkim propagatorka amatorskiego ruchu teatralnego. Swoją przygodę z teatrem zaczęła już dawno temu w Supraślu. Jej droga artystyczno-zawodowa wiodła przez Pragę, gdzie studiowała
i przez wiele działała w Teatrach. Dziś poza aktywnością w dziedzinie teatru amatorskiego zawodowo pracuje w Podlaskim Instytucie Kultury, gdzie odpowiada za działania związane z teatrem. Stypendystka Marszałka Województwa Podlaskiego. Wiejec o Milce przeczytacie tutaj. Zapraszamy do rozmowy z Milką Wyszkowską.

Bardziej animatorka czy aktorka?

Zdecydowanie animatorka. Tak z wykształcenia, wykonywanej pracy jak i pasji życiowej. Aktorką – amatorką byłam „od piaskownicy”, w większości teatrów amatorskich funkcjonujących w Supraślu i Białymstoku. W szkole średniej, za namową ówczesnego instruktora teatru amatorskiego „Pan wybaczy Panie Kazimierzu” Marka Ciunela, podjęłam decyzje o próbie swoich sił z drugiej strony sceny i zaczęłam sama organizować grupy, być ich instruktorem, reżyserem i liderem. Pierwszą grupę założyłam w Supraślu w wieku 18 lat w Ośrodku Kultur Kultury i Rekreacji w Supraślu (obecny CKiR)
a swoja premierę miałam w Kinie Jutrzenka (obecny Dom Ludowy).  Angażowałam i angażuje się w działania społeczne, niekoniecznie związane ze sferą teatralną. Na scenie jako aktorka ostatni raz byłam w 2012 roku – czyli bardzo dawno temu.

Milka? Większość osób tak do Ciebie mówi, w wielu miejscach, jeżeli piszą o tobie używają tego określenia Twojego imienia. Skąd to się wzięło?

Imię mam po mojej prababci – cudownej, mądrej kobiecie i jestem z niego dumna – niemniej jednak, używam go jedynie w oficjalnych sytuacjach. Od zawsze w rodzinie i poza nią funkcjonowałam jako „Milka”.

Nie jest to pseudonim – jest to imię, z którym mocno się identyfikuje. Moje dzieci mimo oficjalnych imion, w domu i placówkach edukacyjnych używają tych, które pojawiły się chwile po ich urodzeniu a nie są wpisane w akta – wiec to chyba taka nasza rodzinna tradycja.

Część swojego życia spędziłaś w Pradze, co tam robiłaś?

Wchodziłam w dorosłość, studiowałam, pracowałam, rozwijałam się jako reżyser, instruktor i lider. Przesiąkałam kulturą Czech i Polonii. Jeśli zaś chodzi o działania animatorskie to… Jak to bywa na emigracji po zachłyśnięciu się „nową kulturą” poczułam potrzeba bycia bliżej „swoich” a to spowodowało, że szukałam środowiska polonijnego.

I tak związałam się z działaniami „Polaków w Pradze”, Polskiego Instytutu, Parafii Rzymsko-Katolickiej (polskiej) i Klubu Polskiego. A tak w zwanym między czasie narodził się Teatr trAKTOR a – tam, poza działalnością teatralną realizowałam szereg działań kulturalnych takich jak warsztaty wystawy, koncerty czy wieczorki literackie.

Czeski trAKTOR?

Międzynarodowy, Polonijny funkcjonujący na terenie Czech – ale nie czeski. Teatr trAKTOR –  to coś więcej niż teatr ale mniej niż instytucja kultury. Jak się mówi w Czechach „krevni skupina”, ludzie, z którzy ma się „taką samą grupę krwi”, podobny sposób odczuwania, zbieżne wizje artystyczne. „Kmen” – plemię. Kolektyw.

Przeświadczenie o tym, że chcę robić „swój” teatr, który od początku do końca będzie zgadzał się z moim odczuwaniem, estetyką i formą było tym z czym przyjechałam do Czech. Pisałam scenariusze, uporczywie czytałam „Dialogi” w poszukiwaniu inspiracji, parę razy w tygodniu byłam w teatrze (ceny spektakli dla studentów w Pradze są dużo niższe niż w Polsce).  Chciałam założyć teatr – laboratorium, pracownie, w której proces był tak samo istotny jak efekt końcowy. Nie chciałam być związana z żadną organizacja, aby moja wizja nie była cenzurowana, tłamszona ani nie było mi coś narzucane. Być może, dlatego teatr powstał dopiero po paru latach mieszkania w Pradze.

Przez 6 lat pracy twórczej z teatrem współpracowało ok 50 osób. Jednak stały skład zespołu to: choreografka i dramaturg, scenograf, 13 osób aktorskich i 4 osoby z obsługi technicznej. Teatr na stałe współpracował z: 3 muzykami i fotografem. Zrealizowaliśmy 6 premier: „A wariaci jeszcze tańczą”, „REMINI”, MALAFACTA, INsomnium oraz dwie podwójne premiery dla dzieci (bo grane po polsku i po czesku: „Leśna przygoda” i „Troszeczkę odwagi”.

Poza spektaklami naszym drugim działaniem była chęć przybliżanie kultury polskiej w Czechach. Nasze spektakle miały napisy w języku czeskim (grane były po polsku). Zorganizowaliśmy między innymi cykl spotkań pn. liTeRAtka pod patronatem Ambasador Polski Krystyny Bernatowicz. W program pojedynczego spotkania wchodziło: spotkanie i rozmowa z autorem, wernisaż prac plastyka/fotografa, koncert oraz czytanie performatywne fragmentów twórczości danego autora przez aktorów teatru. Poza wymienionymi akcjami trAKTOR organizował rożnego rodzaju „akcje” takie jak spotkanie na przywitanie wiosny z wspólnym tworzenie a później paleniem Marzany, warsztaty lepienia pierogów, warsztaty teatralno–plastyczne dla dzieci, spotkania z akordeonem i polską piosenką, wieczory wigilijne.

I mimo tego, że sam teatr już od dawna nie funkcjonuje to uważamy z byłymi trAKTORakami – że trAKTOR to nie tylko grupa teatralna, ale to stan umysłu, w którym cały czas jesteśmy.

Czego polscy animatorzy mogliby się nauczyć od czeskich, a czescy od polskich?

Uważam, że bycie animatorem to szereg kompetencji takich jak kreatywność, komunikatywność, umiejętność współpracy, charyzma, inicjatywa, umiejętność analizowania potrzeb, entuzjazm, dynamizm, innowacyjność, twórczość, gotowość na zmiany, poczucie humoru, miłość do ludzi i wewnętrzna potrzeba pracy społecznej. Kompetencje te nie mają granic ani nie są związane  z narodowością.

Mieszkałam w Pradze – w stolicy, poznałam animatorów, którzy mieli inne możliwości finansowe na realizacje swoich projektów czy, pozyskaniem uczestników/odbiorców wydarzeń – więc musiałabym porównywać animatorów z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia – a nie mam takiej wiedzy, doświadczeń i śmiałości, aby robić taką analizę.

Patrząc na nasz region można go porównać do Morawy a Białystok do Ostrawy (również tereny pogranicza, w pewnym oddaleniu od stolicy) ale moja współpraca z ośrodkami z pogranicza polsko-czeskiego była na tyle znikoma, że wyciąganie wniosków byłoby jedynie gdybaniem.

Jednak odpowiadając na pytania – generalizując i bazując na stereotypach to animatorzy
z Polski mogą uczyć się luzu, braku spinania się i otwartości na inność. Natomiast czescy działacze kultury umiejętności poruszania się w zawiłych meandrach biurokracji, wniosków projektów i grantów, w których większość z nas porusza się jak ryba w wodzie.

A czym się różni teatr czeski od polskiego?

Historią, perspektywami, źródłem – bardzo tego dużo.

Z perspektywy widza teatr w Czechach jest dużo bardziej dostępny. Praktycznie w każdej miejscowości są funkcjonujące sceny teatralne, jeśli nie profesjonalne to ochotnicze (amatorskie). Ceny biletów do teatru są dużo niższe, ale płaci się także za spektakle amatorskie. „Chodzenie” do teatru jest formą spędzania wolnego czasu, nie jest to „luksus” czy rozrywka dla „śmietanki intelektualnej”. I mimo że jest to powszechne, to wyjście do teatru wiąże się z zachowaniem eleganckiego dress codu.

Do teatru w Czeskim Cieszynie przyjeżdżają autokary z pobliskich miejscowości – więc widownia jest zawsze pełna. Wiem, że takie wyjazdy do Opery czy BTLu ą organizowane przez ośrodki kultury z naszego województwa (np. z Sokółki, Wąsosza czy Goniądza).

Kolejną różnicą jest to, że ochotniczy (amatorski) teatr ma się tam świetnie. Jest bardzo wiele prosperujących grup teatralnych, które niejednokrotnie mimo tego, że nie są zawodowe grają repertuarowo jak teatry profesjonalne.

Z mojej perspektywy (być może błędnej i sprzed 6. lat), mam wrażenie, że teatrze instytucjonalnym jest realizowanych wiele produkcji, które mają bawić widza, dawać radość, a więc komedii, spektakli muzycznych itp. Nasze teatry instytucjonalne też realizują takie produkcje, ale spektakle w Polsce są dużo bardziej skupione na poszukiwaniu głębi, odpowiedzi na trudne pytania, są bardziej „sacrum”.

Nie oceniam i nie wartościuje – ale widzę tu znaczącą różnice.

Czy są jakieś różnice między polskimi i czeskimi ośrodkami kultury?

Oczywiście różnice są choć moja wiedza w tym obszarze nie jest tak gruntowna, aby wyprowadzić rzetelne wnioski. Z mojego punktu widzenia Czesi po Aksamitnej Rewolucji zachowali z ustroju komunistycznego to, co było korzystne  i się sprawdzało (ośrodki kultury, opiekę zdrowotną, krótszy wymiar pracy w soboty itd.), a przejście między centralnym zarządzaniem do zarządzania samorządowego było łagodniejsze i mniej bolesne. No i Prezydentem stał się dramaturg – Vaclav Havel, który wiedział, że kultura jest ważna, że nie można traktować jej po macoszemu – stąd funkcjonowanie ośrodków kultury czy ruchów amatorskich nie osłabło. No a u nas w latach 90’ bywało różnie.

Jeżeli byś mogła, to co byś usprawnił w działalności instytucji kultury w Polsce?

W tym temacie można zrobić szereg badań, analiz i napisać wiele prac, albo chociaż zrobić sobie listę życzeń i marzeń.  Podstawą do zmiany jest zrozumienie że nasza praca nie powinna być „korporacyjna”, osadzona w biurokracji i Exelach a bardziej humanistyczna. Funkcjonowanie powinno się zacząć od zbadania kompetencji, mocnych i słabych stron oraz potrzeb pracowników ośrodków kultury. Później takie badanie należałoby rozszerzyć o analizę społeczności, w której pracujemy, grupy docelowe naszych działań.

Kolejnym krokiem mogłoby być wybranie tych potrzeb, które umożliwią wspieranie i rozwój pasji tak pracowników jak i odbiorców. Sprawienie, aby pracownicy ośrodków i odbiorca oferty kulturalnej był gotowy na udział w działaniu nie tylko jako pracownik/odbiorca, ale także jako czynny twórca. I mam namyśli działania, które mają w sobie pewien zalążek „sztuki” a nie imprezy, które w każdej gminie wyglądają podobnie i nie niosą za sobą możliwości rozwoju czy wchodzenie na wyższy poziom kontaktu ze sztuką (typu festyny z „dmuchańcami”).

Bardzo niekorzystne w funkcjonowaniu małych ośrodków kultury jest narzucanie życzeniowego programu przez „górę” i realizowanie działań, które tak naprawdę nie są w gestii ośrodka kultury (np. zarządzanie stadionami, informacją turystyczną itp.) i funkcjonowanie jako „twory” pn. Ośrodek Kultury …i animacji … i rekreacji. i spotu… i…

Działalność instytucji kultury uzależniona jest również od kadry zarządzającej daną instytucją. Instytucja, w której pracuje i z którym współpracuje działają sprawnie a „potykacze” które napotykamy na naszej drodze są z mojego punktu widzenia systemowe. Jeśli miałabym taką siłę sprawczą, żeby zadziałać na cały system to zmniejszyłabym ilość biurokracji na rzecz faktycznego działania a pracownicy instytucji kultury powinny pracować w trybie zadaniowym. Ułatwiłoby to prace na projektach i znacznie poprawiło jakość działań.

Ważnym jest także wyważenie organizowanych wydarzeń z perspektywy odbiorców. Przeglądając programy ośrodków kultury, bardzo często widzę ofertę skierowaną jedynie do seniorów lub dzieci. Bardzo po macoszemu traktowany jest odbiorca wieku 15-25 i 25 – 60 lat Tak jakby po osiągnięciu 15 roku życia odbiorca znikał na kilkadziesiąt lat i pojawiali się w kręgu zainteresowania ośrodka po wejściu w wiek emerytalny.

Z Supraśla do Pragi, ale wróciłaś. Co Ciebie trzyma w Supraślu?

Wyjechałam po to, żeby wrócić – była to myśl, z którą wyjeżdżałam. Z planowanych 5-6 lat zrobiło się dwa razy tyle. Oczywiście były momenty, w których zastanawialiśmy się z mężem czy wracamy, czy zostajemy – zawsze gdzieś z tyłu głowy była jednak w nas gotowość do powrotu.

Co mnie trzyma w Supraślu? Może czemu ja się trzymam Supraśla?

Tu jest mój dom rodzinny, rodzina. To jest społeczność, którą rozumiem podskórnie, bo jestem jej częścią. Tu się uspokajam, ładuje baterie i nakręcam do działania.  No i Supraśl to miejsce, które jest moim centrum wszechświata.  Mała miejscowość, w środku puszczy, nad rzeką, uzdrowisko i do tego tylko kilkanaście kilometrów od stolicy województwa. Raj na ziemi. tylko z komunikacją międzymiastową jest ciut gorzej – ale w tej beczce miodu musi być przestrzeń na przysłowiową łyżkę dziegciu.

Aktualnie Twoją główną pracą jest Podlaski Instytut Kultury. Czy trudno jest dołączyć do zespołu instytucji jako nowy pracownik, gdy wcześniej pracowało się przez wiele lat jako  animatorka niezależna?

Aplikowałam od razu po przyjeździe z Czech a zaczęłam prace po trzech latach od powrotu. Wiec musiałam swoje odczekać. Same rozpoczęcie pracy nie było trudne a moi współpracownicy z Działu Animacji bardzo mi ułatwiali aklimatyzacje. Mój pierwszy dzień pracy był też pierwszym dniem funkcjonowania instytucji pod nową nazwą wiec z mojej perspektywy był to symboliczny moment przejścia.

Oczywiście rozpoczęcie pracy na etacie wiązało się ze zmianą przyzwyczajeń. Ale także zmianą myślenia – przestałam być „błędnym rycerzem walczącym samotnie z wiatrakami” a rozpoczęłam prace w zespole, w którym decyzje podejmuje się wspólnie.

Absolutnie nie żałuje tej decyzji. Moja praca dzięki współpracownikom jest inspirująca, daje możliwości rozwoju dzięki kontaktom z niesamowitymi ludźmi – specjalistami w ich dziedzinach. W chwili obecnej pracuje w Dziale Sztuki PIK, w skład naszego zespołu wchodzi muzyk, plastycy i kulturoznawcy. Razem tworzymy wydarzenia z obszaru sztuk wizualnych, muzycznych i teatralnych, które skierowane są do amatorów i profesjonalistów naszego regionu. Wartością dodaną jest to, że każdy z nas jest czynnym instruktorem i prowadzimy grupy artystyczne funkcjonujące przy Podlaskim Instytucie Kultury w Białymstoku (Teatr Proscenium Grupa Bochemia, Fotospółdzielnia, Grupa Wokalna ZPiT Kurpie Zielone, Chór im. S. Moniuszki, Kabaret Seniorów Szpilka, Pokoje Pracy Twórczej) a więc w sposób naturalny mamy „superwizje” naszych zajęć, co daje nam możliwość na lepsze i bardziej efektywne prowadzenie naszych grup.

Czy w instytucjach kultury powinna znajdować się przestrzeń dla animatorów i animatorek niezależnych, takich którzy przychodzą do instytucji kultury z pomysłem, być może na jedną inicjatywę? Czy warto z nimi współpracować?

Współpracować zawsze warto! Nie znam sytuacji innych ośrodków, ale PIK dokłada wszelkich starań, aby taka współpraca była możliwa: programy takie jak Przystań lokalnie czy BMK, szkolenia i warsztaty które skierowane są nie tylko do pracowników etatowych instytucji kultury, ale także do nauczycieli, pracowników NGO-sów czy freelancerów.

Co do przychodzenia z pomysłem na jedną inicjatywę…To chyba zależy od propozycji, pomysłu, budżetu ośrodka kultury. I historii projektowej samego „wolnego strzelca”. Wiele składowych więc ciężko jest powiedzieć jednoznacznie: że warto lub nie warto. Zalecana byłaby indywidualna analiza przypadku.

Jesteś znana od lat z prowadzenia edukacji teatralnej. Skąd pomysł na dzielenie się z amatorami swoją miłością do teatru?

Zaczęłam od edukacji teatralnej w szkołach i przedszkolach naszego województwa w czasach, kiedy byłam nieopierzoną studentką kulturoznawstwa w tak zwanych teatrach objazdowych. Pomysł więc nie narodził się w jakimś magicznym momencie. Był i jest elementem mojej pracy. Jest to chyba naturalna kolej rzeczy a dzięki temu, że pracuje w PIKu mam przestrzeń i narzędzia, żeby móc to robić. To jest chyba nazywane szczęściem głupca: gdy praca to nie robota.

Co daje Tobie prowadzenie teatrów amatorskich?

Każda grupa jest inna. Każdy Amator i Amatorka w każdej z grup jest inny. Inaczej przebiega proces grupowy. Za każdym razem, od każdej grupy, przy każdym projekcie uczę się czegoś nowego, dowiaduje się o sobie nowych rzeczy. Nawzajem czerpiemy od siebie energie i pasję.

Jest to niesamowite, że każda próba nawet jeśli wykorzystuje się te same narzędzia, wychodzi inaczej, na co innego uczestnicy zwracają uwagę, wyciągają inne wnioski. Wiem ze to normalne – znam teorie – i nadal mnie to inspiruje.

Obserwuje z fascynacją proces, gdy na początku grupa przypadkowych osób zaczyna być grupą ludzi, którzy (nie zawsze się lubią – aż taką idealistka nie jestem) wspólnie,  w atmosferze współpracy i zaufania robią razem „COŚ”. To „COŚ” nie musi być spektakularne, zbierać laury na festiwalach, ale jest to „COŚ” co jest ich, co pcha ich dalej, daje im poczucie spełnienia. Czasem jest to dobrze wykonana etiuda, tekst, który został powiedziany bez zająknięcia a bywa i tak, że jest to piękny wzruszający spektakl, zrealizowany w parę tygodni – jak mój ostatni pokaz „Świątecznej Poczty” w CKiR w Supraślu z Teatrem PoCo.

Jesteś propagatorką amatorskiego ruchu teatralnego. Jak się ma teatr amatorski na Podlasiu?

Teatr Amatorski w Podlaskim się „ma” a to już jest sukces w ruchu amatorskim.

Jak się ma – wydaje się, że nie najgorzej – widać to po działaniach i produkcjach takich twórców jak: Joasia Troc, Mateusz Tymura, Mateusz Sacharzewski, Magda Kiszko-Dojlidko, Małgosia Sienkiewicz, Dariusz Szada-Borzyszkowski. W samym Białymstoku funkcjonują pracownie teatralne Justyny Godlewskiej czy Bernarda Bani. Teatr szkolny także funkcjonuje np. w I LO prowadzony prze Anetę Kaliściak czy w VII LO grupa PaniKa Anny Ostapczuk-Kołosow.

W naszym województwie realizowane są przeglądy i festiwale teatralne z długoletnią tradycją a liczni uczestnicy takich przeglądów jak PIKtoGRAmy czy OKR, są przygotowani i świetnie reprezentują swoich instruktorów.

W Podlaskim Instytucie Kultury w Białymstoku od trzech lat organizowana jest Konferencje Ruchu Teatrów Amatorskich „WeNa” której jestem pomysłodawczynią i koordynatorką. Jest to jedyna taka konferencja w Polsce skierowana do instruktorów, reżyserów teatrów amatorskich, która ma na celu podnoszenie kompetencji i wiedzy instruktorów, ale także integracje środowiska.

W 2022 roku na „Konferencji Amatorskiego Ruchu Artystycznego (ARA)/Siła tworzenia”, która realizowana była przez NCK, w wykładzie pani Marii Babickiej z Instytut Teatralny im. Z. Raszewskiego „Po co amatorom teatr, a teatrowi amatorzy? Teatr amatorski osób dorosłych po pandemii”, Podlasie zostało podane za przykład regionu, na którym prężnie działa Amatorski Ruch Teatralny. Co ciekawe jeszcze w roku 2019 w publikacji NCK „Amatorski znaczy miłośniczy – raport z jakościowego badania amatorskiego ruchu teatralnego” Województwo Podlaskie nie zostało ujęte i jest białą plamą w badaniu…

Wnioskuje (być może na wyrost), że przez ostatnich 3 lat dzięki działaniom PIK i mojej pracy udało się coś w tym temacie osiągnąć.

Teatry amatorskie zazwyczaj są przy ośrodkach kultury. Czy to silne i zintegrowane środowisko?

Teatr amatorskie działają także przy ośrodkach – jest to utarta forma postrzegania Ruchu Teatrów Amatorskich i wiązania ich z ośrodkami kultury. Bardzo wiele teatrów działa jako stowarzyszenia, fundacje, pracownie. Duży odsetek teatrów działa w szkołach i na uczelniach. Działają grupy przy KGW czy UTW.

Natomiast jeśli chodzi o integracje to uważam, że jako instruktorzy jesteśmy w procesie, aby środowisko się integrowało.

Czy jest silne? Raczej mamy silnych, kreatywnych instruktorów. A na siłę całego środowiska potrzebna jest praca takich Instytucja jak PIK, ale także dużych ośrodków regionalnych w Łomży, Suwałkach, Augustowie, Grajewie, Kolnie, Siemiatyczach, Hajnówce, Zambrowie, Bielsku Podlaskim, Sejnach, Wysokim Mazowieckiem. Potrzebna jest chęć współpracy przy realizacji wspólnych projektów, festiwali, przeglądów czy konkursów jak OKR czy PIKtoGRAmy.

Jaka jest ogólna sytuacja teatrów amatorskich w ośrodkach kultury?

Na przełomie 2020/2021 przeprowadzałam pilotażowe badanie ruchu teatrów amatorskich naszego województwa. Wynik badań zawarte są w publikacji: „Teatr Amatorski Teoria i praktyka w środowisku lokalnym” wydana przez PIK w 2022 roku.

Instruktorzy i dyrektorzy instytucji, którzy brali udział w badaniu odpowiedzieli, że dysponują przestrzenią i zapleczem technicznym do prowadzenia działalności okołoteatralnej. W większości stwierdzali jednak, że kwoty przeznaczane na działalność teatralną są niewystarczające, wyrażali potrzebują wsparcia związanego z fachową pomocą przy realizacji działań

Sytuacja nie jest łatwa i to nie tylko w ośrodkach. Z czego to wynika?

Po pierwsze kwestie kadrowe: braki w możliwości stworzenia etatu i niezatrudniania osób, które potrafią prowadzić grupę, mają zmysł teatralny. Znane są praktyki gdy grupę teatralną prowadzi ktoś, kto w teorii jest „najbliżej” teatru, więc zadanie prowadzenia zajęć albo produkcji spektaklu powierza się bibliotekarzom czy nauczycielom języka polskiego. I nie oznacza to, że bibliotekarz lub polonista nie może prowadzić grup – może jeśli czuje, że chce to robić. I to pierwsze „ale” – nie może być to pracownik z musu, instruktor, który „musi” a nie „chce”.

Drugi czynnik to rekrutacja, przekonanie odbiorców zajęć do tego by chcieli chcieć uczestniczyć w próbach. Przekonanie, że nie będzie to „akademia”, żenująca sytuacja na forum społeczności czy pamięciowe wyrecytowanie tekstu jak na lekcjach języka polskiego. I nie możemy ich oszukać – robiąc to do czego się nie zgłaszali.

I teraz trzeci czynnik – najtrudniejszy chyba do realizacji – partycypacja. Pozwolenie uczestnikom na samo decydowanie: jeśli nie będzie „parcia” z góry na efekt funkcjonowania teatru, a decyzja o tym, kiedy i w jakiej formie zdecydują się na konfrontacje z widownią, zapewni stworzenie solidnej podwaliny pod proces twórczy. 

I jeszcze wykazywanie efektywności i realizacja premier trzy razy w roku szkolnym. Nie ma nic gorszego dla funkcjonowania grupy jak narzucony przez „górę” termin i forma przedstawienia, gdy grupa jeszcze nawet nie wie czy jest w stanie razem pracować.

Gdy będą spełnione te warunki: instruktor z pasją, uczestnicy, którzy chcą być w teatrze i mogą mieć wpływ (realny) na funkcjonowanie grupy oraz brak narzuconej formy i terminu prezentacji – wróżę sukces.

Tak na marginesie – oczywiście nadal to reżyser zarządza grupą, ale są kwestie, które mogą i powinny być demokratyczne – jak kontrakt, repertuar, forma prób itp.

Ale wracając do pytania: sytuacja jest różna, faktem jest, że grup jest coraz więcej a produkcje są na coraz wyższym poziomie.

Jesteś też instruktorką dramy, czy często ją wykorzystujesz i czy ona jest dziś powszechna w różnego rodzaju działaniach kulturalnych?

Drama jest moim narzędziem pracy od lat, ale certyfikat Trenera Dramy uzyskałam w zeszłym roku. Elementy dramy są bardzo pomocne przy integracji grupy – nie tylko teatralnych. Narzędzia i techniki dramy wykorzystuje na co dzień we wszystkich moich grupach. Natomiast zajęcia dramowe prowadzę zupełnie oddzielnie od działań teatralnych.

Drama nie jest jeszcze powszechna, ale zdobywa zaufanie różnych działaczy nie tylko sektora kultury, ale także edukacji czy resocjalizacji więc z mojego punktu widzenia powoli, ale skutecznie się upowszechnia.

Czy każdy nadaje się do Teatru?

Absolutnie każdy – jako widz tak w teatrze amatorskim jak i profesjonalnym.

Do pracy w teatrze zawodowym nadaje się niewiele osób: cześć jako aktorzy, mały procent jako reżyserzy, jeszcze mniej jest dramaturgów czy scenografów. Do pracy jako zaplecze techniczne: oświetleniowcy, akustycy, konstruktorzy lalek, wytwórcy kostiumów, elementów scenografii, rekwizytów, garderobiane, charakteryzatorzy, czy w końcu obsługa widowni –trzeba mieć pewne kompetencje, być gotowym do pracy, kiedy wszyscy mają wolne (wieczory, niedziele, święta), praca w gotowości do zmian i pracy w stresie. Wiec nie każdy się nadaje do pracy w Teatrze profesjonalnym, zawodowym, instytucjonalnym.

W teatrze amatorskim INSTRUKTOR – jest tymi wszystkimi „zawodami” wymienionymi powyżej po trochu w jednej osobie – dodatkowo, jeśli pracuje z dziećmi jest pedagogiem, jeśli z seniorami gerontopedagogiem.  Bywa też spowiednikiem i emocjonalnym workiem treningowym (ale to tylko w skrajnych przypadkach). Do bycia INSTRUKTOREM – REŻYSEREM TEARÓW AMATORSKICH „nadaje się” bardzo niewiele z nas.

Natomiast uczestnikiem, aktorem – amatorem – może zostać każdy. Uważam ze zajęcia teatralne są ogólnorozwojowe, pomagają w przełamywaniu tremy, wpływają na poprawę jakości w komunikowaniu się, wspierają pracy z ciałem i głosem, budowaniem relacji, pomagają w badaniu własnych możliwości, granic i emocji.

I co istotne – wcale nie musi „grać”. W moich teatrach spotkałam się z sytuacjami, gdy osoby chciał być w teatrze, ale nie chciały „być na scenie” –mieli do tego prawo. W takich przypadkach osoby stawały się inspicjentem, suflerem na próbach, pomagały w tworzeniu scenografii, lalek czy rekwizytów. Zdecydowanie do teatru amatorskiego nadaje się każdy.

Czy w polskich szkołach dzieci i młodzież mają szansę nauczyć się teatru?

Pytanie „konik”.

Jest w kręgu moich zainteresowań i bardzo fascynuje się temat edukacji teatralnej i dramy w szkołach ale postaram się krótko. Systemowo dzieci nie mają szansy, ale z doświadczeń moich dzieci wiem, że są cudowni nauczyciele, którzy starają się przybliżyć teatr. 

W mojej wizji świata zajęcia teatralne powinny być obowiązkowe w edukacji wczesnoszkolnej. Każdy uczestnik takich zajęć podniósłby swoje kompetencje związane z pracą w grupie, nabierał płynności w wypowiedzi, przełamywał tremę związaną z „byciem” na forum, budował i rozwijał swoją wyobraźnie w tym wyobraźnie przestrzenną. 

Natomiast w klasach 4-8 szkoły podstawowej wprowadziłabym zajęcia przedmiotowe z elementami dramy (szczególnie na lekcjach językowych i historii). Na zajęciach z elementami dramy uczeń staje się aktywnym uczestnikiem procesu nauczania/uczenia się.  Wbrew obiegowej opinii drama to nie teatr – drama wykorzystuje elementy teatralne, ale służy do analizy wykreowanych sytuacji fikcyjnych nazywanych „scenkami”. Nauka przez działanie jest najlepszą formą przyswajania wiedzy. Ale mimo tego, że wszyscy o tym wiemy, jak i tym, że metoda podająca jest najmniej skuteczna – nadal pozostajemy w systemie, który nie zmienił się od stu lat. 

Mogłabym tak długo… Na razie jest to jednak moje wizje edukacji wpisane w strefę moich marzeń a nie celów.

Edukujesz, ale czy dziś można zobaczyć Ciebie na jakiejś scenie?

Nie jestem aktorką z wykształcenia. Nie grywam także w teatrach amatorskich u moich kolegów i koleżanek. Jestem z drugiej strony sceny, za widownią. Można jednak zobaczyć moje produkcje – najbliższe premiery w czerwcu 2024 r.

Czy środowisko podlaskiej kultury według Ciebie jest dobrze zintegrowane i współpracuje?

Z integracją środowiska kultury jest podobnie jak z ruchem teatrów amatorskich. Jesteśmy w procesie i zaczyna się „dobrze dziać”. Przykładem dobrych i owocnych praktyk mogą być działania Podlaskiego Instytutu Kultury w Białymstoku w sferze twórców ludowych. Wieloletnia praca Adama Ślefarskiego, Lilii Wyszkowskiej, Magdy Talmon i Krystyny Kunickiej o integracji tego środowiska realizowana przez projekty już przynosi efekty (e_tradycja, Podlaskie Sploty, Piknik Tkacki itd.).

Co do współpracy: wychodzi od ludzi, nie jest zależna od systemu. Z mojego punktu widzenia współpraca była jest i będzie. Twórcy współpracują ze sobą przy realizacji imprez, wydarzeń czy projektów. Świetnym ruchem było stworzona przez Ciebie Podlaskiej Sieci Kultury, na której są wizytówki twórców i animatorów, a więc dotarcie do kontaktów jest zdecydowanie ułatwione. Brawo Ty!

Dziękuję.

Co byś powiedział młodym osobom, które chcą związać swoją przyszłość z pracą w kulturze?

Młody człowiek, który naprawdę chce związać swoją przyszłość z pracą w kulturze powinien już w niej być: jako uczestnik zajęć czy wolontariusz. Jeśli tak jest to zna to środowisko od środka i ja nic mówić nie muszę.

No ale z takich standardów, które są związane z naszą pracą:

  1. Nie jest to praca od – do. Nawet jeśli harmonogram pracy jest 8. godzinny to tak naprawdę praca koncepcyjna, wizyjna jest pracą, która się dzieje cały czas. A więc, jeśli ktoś chce „odbębnić” i wyjść z pracy aby zając się swoim życiem to raczej powinien poszukać miejsca, które takie warunku mu/jej zaoferuje.
  2. Pracujemy bardzo często w tym czasie, w którym reszta społeczeństwa ma wolne – bo właśnie dla tej grupy tworzymy ofertę kulturalną. Sektor kultury to wieczorne zmiany, praca w weekendy i święta.
  3. Pracujemy z ludźmi – więc trzeba się przygotować na rożne emocje, różnorakie reakcje na to co oferujemy: od pełnych entuzjazmu uścisków po usłyszenie dość cierpkich i nie wybrednych słów – niejednokrotnie na swój temat, oceniające nasze kompetencje (zazwyczaj z sytuacją nie mające nic wspólnego).
  4. No i jeśli ktoś marzy o czerwonym ferrari to jest ten moment, żeby zmienić plany co do wyboru pracy – jak to kiedyś powiedział stand-uper Aleksander „Jaksa” Jakszewicz, „pracownik ośrodka kultury  w dobrych miesiącach pożycza od nauczycieli”.

Nad jakimi projektami aktualnie pracujesz? Jaki masz plany na przyszłość.

Jestem chwile po konferencji Ruchu Teatrów Amatorskich WeNa i w przeddzień Przeglądu Amatorskiej Twórczości Teatralnej PIKtoGRAmy. Poza tym prowadzę trzy grup teatralne w których planujemy premiery na czerwiec wiec zaczynamy konkretną prace nad spektaklami.

Plany na przyszłość – tak jak nie robię planów noworocznych tak nie planuje przyszłości.

Stawiam sobie cele i staram się je realizować. Raz się uda, raz się nie uda je zrealizować.

Moim celem jest lepsza gospodarowanie czasem na realizacje tych wszystkich celów które sobie stawiam – a to już wyższa „sztuka”.

Dziękuję

Rozmawiał Przemek Waczyński

fot. Piotr Dołżyński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *