Myślę, że taką specyfiką suwalskiego środowiska kultury jest to, że organizujemy wielkie, czasami międzynarodowe wydarzenia kulturalne – nie mamy mentalnej granicy naszych działań. Nie mamy kompleksów wobec reszty Polski.
Joanna Sztelmer-Stabińska – kulturoznawczyni, animatorka kultury i autorka od ponad 20 lat związana z suwalskim środowiskiem kulturalnym. Pracuje w Suwalskim Ośrodku Kultury, gdzie kieruje Biurem ds. projektów i analiz. Jest dyrektorką organizacyjną Festiwalu Filmowego „Wajda na Nowo”, koordynuje działania z zakresu edukacji filmowej oraz działa w Teatrze Hybrydowym. Współtworzy inicjatywę MamoDroga, jest autorką książki „Straszne Suwałki” i członkinią suwalskiej Rady Kultury. Angażuje się także we współpracę kulturalną w regionie. Zapraszamy do wywiadu z Joanną
Kulturoznawczyni, animatorka, aktorka, autorka, organizatorka wydarzeń – która z tych ról jest dziś Tobie najbliższa?
Choć wszystkie te role są dla mnie ważne, najbliższe jest mi bycie kulturoznawczynią, ponieważ właśnie z tej perspektywy wyrastają wszystkie pozostałe. Ukończyłam kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim (pierwszy taki kierunek w Polsce), zbudowane wokół teorii kultury profesora Stanisława Pietraszki. Ujmowała ona kulturę jako względnie autonomiczny, obiektywnie istniejący porządek ludzkiego świata. Jej horyzont stanowią wartości, a urzeczywistnia się w ludzkich zachowaniach i wytworach, przejawia w ideach i myślach. Najkrócej mówiąc: człowiek urzeczywistnia kulturę, a kultura współtworzy człowieka.
Biologia wyznacza ramy naszego istnienia, ale to kultura w ogromnej mierze określa, jak przeżywamy świat, nadajemy mu znaczenie, dokonujemy wyborów i budujemy relacje z innymi. Taka perspektywa zmienia sposób widzenia rzeczywistości. Kultura przestaje być jedynie sferą sztuki i wydarzeń – staje się przestrzenią, w której człowiek i wspólnota rozpoznają to, co dla nich ważne, i uczą się być razem.
Wszystkie pozostałe moje role są następstwem takiego myślenia. Uważam, że to niezwykłe szczęście móc zajmować się czymś tak fundamentalnym.
Od ponad 20 lat współtworzysz życie kulturalne Suwałk. Jak zaczęła się Twoja przygoda z animacją kultury?
Wydaje mi się, że animacją zajmuję się właściwie przez całe życie, ale zawodowo wszystko zaczęło się w nieistniejącym już Domu Pracy Twórczej w Wigrach – ministerialnej instytucji kultury. Miałam ogromne szczęście, że właśnie tam rozpoczęłam pracę. Dyrektorem DPT był wówczas Dariusz Jachimowicz, ekspert w dziedzinie zarządzania kulturą, od którego bardzo wiele się nauczyłam. Praca w Wigrach była dla mnie szkołą zarówno organizacji, jak i animacji kultury. Jako instytucja ministerialna mogliśmy działać ponad lokalnymi podziałami, sprowadzać na Suwalszczyznę wartościowe projekty i inicjować własne przedsięwzięcia. Miałam wtedy okazję współpracować z wieloma znakomitymi twórcami i intelektualistami, między innymi Tadeuszem Słobodziankiem, Borysem Lankoszem, Justyną Rekść-Raubo, Stanisławem Wosiem i profesorem Andrzejem Strumiłłą. Jednym z najbliższych mi przedsięwzięć był projekt poświęcony tradycyjnej architekturze Suwalszczyzny. Uświadomił mi, że animacja kultury może jednocześnie chronić lokalne dziedzictwo, budować tożsamość i angażować mieszkańców.
Pracujesz w Suwalskim Ośrodku Kultury, gdzie kierujesz Biurem ds. projektów i analiz. Na czym polega Twoja praca? Ile w tej pracy jest dokumentów, a ile bezpośredniej pracy z ludźmi?
Moja praca polega na szukaniu dodatkowych źródeł finansowania na potrzeby działalności Suwalskiego Ośrodka Kultury. Chociaż nie tylko. Często sama wymyślam projekty, koordynuje je i realizuję – od samego początku do końca, od pomysłu do sprawozdania. W mojej pracy jest mnóstwo dokumentów, ale traktuje je jedynie, jako narzędzie prowadzące do celu, w dalszej perspektywie zawsze jest człowiek, czy inaczej mówiąc nasza lokalna suwalska społeczność.
W Suwalskim Ośrodku Kultury zajmuję się tez projektami filmowymi i tu spotykam się bezpośrednio z ludźmi. W zasadzie w każdym wieku – prowadzę DKF, zajęcia z dziećmi i młodzieżą ze szkół i przedszkoli, współtworzyłam i wciąż asystuje Suwalskiej Grupie Filmowej, która z kolei tworzy filmy.
Czy Twoja działalność kulturalna ogranicza się dziś do pracy w Suwalskim Ośrodku Kultury?
Moja działalność nie ogranicza się tylko do pracy w Suwalskim Ośrodku Kultury. Jestem też prezesem Fundacji Suwałki Blues Festiwal, w ramach której podejmujemy działania wspierające festiwal bluesowy w Suwałkach – największy tego typu festiwal plenerowy w Polsce, organizujemy też szereg pomniejszych koncertów w ciągu roku – bardzo nam zależy przede wszystkim na edukacji dzieci i młodzieży, chcemy dotrzeć z muzyką bluesową, ale nie tylko, do najmłodszych odbiorców.
Poza tym piszę książki, na razie wydałam jedną, ale pracuję nad następnymi. Jestem właścicielką nieformalnej galerii krasnoludków – obecnie można je zobaczyć na foyer Suwalskiego Ośrodka Kultury. Jestem też członkiem nieformalnej grupy MamoDroga, gdzie działam społecznie. Chętnie się angażuje w różne inne przedsięwzięcia, czasem organizowane przez kogoś innego, czasami przeze mnie.
Jestem jednym z koordynatorów 11. Teatr-Akcji, które odbyły się w 2024 r. Chwalę się tym, bo to rzecz zupełnie niebanalna – udało nam się zrobić festiwal teatralny, w ramach którego odbyło się ponad pięćdziesiąt różnego rodzaju wydarzeń – spektakli, porformansów, warsztatów, seansów, koncertów w ciągu trzech tygodni, a zrealizowaliśmy to nie mając na to praktycznie żadnego budżetu i przestrzeni.
Jesteś dyrektorką organizacyjną Festiwalu Filmowego „Wajda na Nowo”. Co podczas organizacji tak dużego wydarzenia jest największym wyzwaniem, a co daje najwięcej satysfakcji?
Każdy organizator tak dużych wydarzeń na pewno przyzna mi rację, że najtrudniejsze jest planowanie. Dobrze zorganizowana impreza to taka, gdzie nie widać wysiłku organizatorskiego – wszystko zdaje się toczyć samo, wszyscy są zaopiekowani i zadowoleni, ale tajemnicą takiej organizacji jest dobry plan i jego realizacja. A co daje najwięcej satysfakcji? Kiedy odbiorcy są przejęci, szczęśliwi, oszołomieni – to my tworzymy ich wspomnienia, a czasami nawet ważne, można rzec, fundamentalne przeżycia estetyczne, intelektualne lub nawet duchowe. Obcowanie ze sztuką zmienia ludzi i poczucie tego, daje autentyczne szczęście.
Koordynujesz projekty z zakresu edukacji filmowej. Czy młodych ludzi trudno dziś zainteresować kinem wykraczającym poza popularne platformy internetowe?
Z dziećmi i młodzieżą spotykam się w ramach Młodych Horyzontów Edukacji, w ramach których mogą zobaczyć najciekawsze produkcje filmowe skierowane do odbiorcy właśnie w ich wieku. Są to zatem wyselekcjonowane filmy, których wartość jest niezwykle wysoka, są to produkcje dające bardzo do myślenia i są podstawą do bardzo interesujących rozmów. Program – Młode Horyzonty ma przede wszystkim przygotowywać młodego odbiorcę, w zasadzie już od bardzo młodego wieku (bo mówimy tu o przedszkolakach), do świadomego i refleksyjnego odbioru sztuki. Nie wiem, czy, gdyby było to realizowane bez udziału szkół, Ci młodzi odbiorcy sami trafiliby na te filmy. Wiem jedno, potem, zgodnie z tym, co przekazują nauczyciele, długo przeżywają te filmy i dyskutują o nich między sobą. Bardzo fajnie by było, gdyby powstały takie ogólnopolskie programy dotyczące innych dziedzin sztuki.
Działasz w Teatrze Hybrydowym. Co daje Ci bycie na scenie, czego nie daje organizowanie wydarzeń?
W teatrze jestem przede wszystkim aktorką, chociaż czasem też coś piszę. Dla mnie teatr ma niewiarygodną wręcz moc terapeutyczną – pozwala na przeżycie i odnalezienie w sobie, takich emocji, na które najczęściej nie pozwalamy sobie w życiu. Pozwala je w bezpieczny sposób uwolnić i je przeżyć. W teatrze mogę być zła, wredna, brzydka, pyskata, złośliwa, piękna, zalotna, seksowna, smutna… Staję przed publicznością, w pewien nieoczywisty sposób najbardziej prawdziwa – jestem, a zarazem nie jestem tą postacią, którą gram.
Jak ma się dziś amatorski ruch teatralny w Suwałkach i na Suwalszczyźnie oraz jak się prezentuje na tle podlaskiego?
W samych Suwałkach teatr amatorski myślę, że ma się nieźle – wciąż pracuje najbardziej niesamowita, rozpoznawalna w całej Polsce, jako autentyczny pedagog teatru – Mirka Krymska, ale też Anna Gajdzińska, czy Joanna Łupinowicz. Realizujemy ogólnopolskie, a wcześniej międzynarodowe festiwale teatralne, takie jak Wigraszek czy „O złotą podkowę Pegaza”. Znacznie gorzej jest w regionie. Chociaż podjęliśmy w SOKu takie działania, które mają na celu odtworzenie małych amatorskich grup teatralnych w regionie. Zrealizowaliśmy projekt „Teatr NieZapomniany”, którego autorką była moja przyjaciółka Dorota Skłodowska. W ramach tego projektu przewarsztatowiliśmy grupę animatorów i nauczycieli z regionu pod kątem stworzenia nowych grup teatralnych. W sumie odbyło się sto godzin warsztatów (dramaturgicznych, aktorskich, reżyserskich, scenograficznych i innych).
Jeśli natomiast chodzi o całe województwo, to trudno mi powiedzieć – czasami siedzimy zamknięci w naszej Suwalszczyźnie. Podróżujemy z naszym teatrem po całej Polsce – gramy w Warszawie, Poznaniu, w całym województwie warmińsko-mazurskim, zdarza się nam też grać za granicą – ostatnio występowaliśmy na zaproszenie Polonii w Zurichu, ale jeszcze nigdy nie występowaliśmy w Białymstoku. To pewnie są jakieś kwestie mentalne – nie bardzo identyfikujemy się z Podlasiem, jesteśmy innym regionem geograficznym, historycznym, etnograficznym – to bardzo dla nas ważna kwestia tożsamościowa i w związku z tym czasem dość alergicznie reagujemy, kiedy chce nas się w ten podlaski kostium ubrać. To pewnie ze względu na, oczywiście z naszej, suwalskiej perspektywy, nie najszczęśliwszą nazwę województwa. A może to dlatego, że nikt nas z Białegostoku nie zaprasza. Faktem jest jednak, że funkcjonujemy w pewnej izolacji.
W 2024 roku otrzymałaś stypendium Miasta Suwałki, dzięki któremu powstała książka „Straszne Suwałki, czyli przewodnik grozy po mieście i okolicy”. Skąd pomysł, żeby opowiedzieć o mieście poprzez legendy i historie z dreszczykiem?
Miejskie legendy, czy też tzw. opowieści niesamowite są bardzo ważnym elementem tworzącym lokalną tożsamość. One w zasadzie istnieją tak długo, jak człowiek – odkąd nauczył się opowiadać, opowiada historie z dreszczykiem – w ten sposób tworzyły się baśnie i legendy. W pewnym momencie mojego życia uświadomiłam sobie, że znam trochę takich właśnie opowieści o Suwałkach i że coraz mniej osób wokół mnie je pamięta, że jeśli nie zacznę ich spisywać to znikną. Najpierw zaczęłam robić króciutkie wpisy w mediach społecznościowych, ale moja przyjaciółka Mirka namówiła mnie do spisanie ich w formie książki. Pomyślałam, że skoro te opowieści wiążą się z konkretnymi miejscami, mogą być świetnym punktem wyjścia do opowiedzenia ogółem o mieście i regionie: o jego historii, architekturze, kulturze. I tak właśnie powstały „Straszne Suwałki…”
„Straszne Suwałki” nie były jednorazową przygodą wydawniczą. Nad czym teraz pracujesz?
Przy pisaniu książki zebrałam tyle materiału, jakoś się tak stało, że same historie zaczęły do mnie spływać, że nie wszystkie teksy zmieściły się w wydawnictwie, czy może bardziej w jego formule. Osoba pisząca musi zachować pewną dyscyplinę, żeby książka była tworem skończonym, trzeba się w pewien sposób ograniczyć. Tak więc zostało mi sporo opowieści, które niekoniecznie są historiami grozy, a bardziej mają baśniowy, czy legendarny charakter. Nie porzuciłam ich. Zaczęłam je opracowywać i teraz pracuję nad zbiorem podań i legend Suwalszczyzny. Chciałabym, żeby moja nowa książka nosiła tytuł: „Opowieści północnego wiatru”.
Jak wspominałaś, działasz także w nieformalnej grupie MamoDroga. Jak osoba pracująca od lat w dużej instytucji kultury odnajduje się w działaniach oddolnych?
MamoDroga to nieformalna grupa, w zasadzie pierwszy w Suwałkach klub rodzica. Wszystko zaczęło się jakieś piętnaście lat temu, kiedy z moimi przyjaciółkami, podobnie jak ja mamami małych dzieci, postanowiłyśmy wspólnie zacząć coś robić dla rodziców, takich, jak my i dla takich maluszków, jak nasze dzieci. Wtedy oferta instytucji kultury wydawała się nam nie wystarczająca, to bardzo zmieniło się od tego czasu. W MamoDrodze okazało się, że kiedy jesteśmy razem, mamy naprawdę wielkie zasoby – każda z nas coś umiała i dzieliła się tą wiedzą z innymi. Tak zorganizowałyśmy wiele warsztatów, zajęć dla dzieci, ale także wydarzeń takich, jak Dni Sąsiada na Kaczym Dołku (to skwer na największym suwalskim osiedlu), czy Akcję Lepienia Społecznego Bałwana. Jednym z naszych największych osiągnięć jest stworzenie grupy, którą nazwałyśmy „Wymienialnia i pogaduchy”. Grupa skupia obecnie pół tysiąca osób i działa w internecie, jak wskazuje nazwa, jej głównym zadaniem jest stworzenie takiej przestrzeni, gdzie rodzice (chociaż nie tylko) mogą wymieniać się rzeczami i informacjami.
Uwielbiam oddolne, pozainstytucjonalne akcje. Jest w nich niesamowita energia i entuzjazm.
Zasiadasz w suwalskiej Radzie ds. Kultury. Czy takie społeczne ciało może rzeczywiście wpływać na politykę kulturalną miasta?
Uważam, że takie rady są konieczne przy samorządach. Pozwalają przedstawić rządzącym inną perspektywę – artystów, ludzi kultury. Najczęściej w takich radach są osoby bardzo zaangażowane społecznie.
Trochę już o tym mówiłaś. Suwałki leżą daleko do centrum podlaskiego. Czy ta odległość jest odczuwalna we współpracy w ramach województwa?
Szczerze mówiąc bardzo. Jesteśmy na skraju województwa podlaskiego i na skraju Polski. Ta skrajność sprawia, że sami dla siebie jesteśmy centrum. Przez wiele lat byliśmy oddzielnym województwem i w ten sposób też poniekąd funkcjonujemy dotychczas. Czasami łatwiej nam się współpracuje z ośrodkami kultury leżącymi w województwie warmińsko-mazurskim, które kiedyś były w granicy województwa suwalskiego, takimi jak Gołdap, Olecko czy Ełk niż Supraślem, czy Łomżą. Co nie oznacza, że nie chcielibyśmy współpracować. Czasami włączamy się w jakieś ogólnowojewódzkie przedsięwzięcia takie jak np. Oktawa Kultur.
Co najbardziej utrudnia tę współpracę: odległość, brak informacji, pieniądze, a może zbyt mało okazji do spotkań?
Myślę, że spotkania są najważniejsze. Niesamowity jest portal Podlaska Sieć Kultury i grupa Pracowników instytucji kultury województwa podlaskiego – tam się spotykamy z innymi przedstawicielami instytucji kultury. To bardzo ważne i ciekawe dla nas doświadczenie.
Czego suwalskie środowisko kultury może nauczyć inne ośrodki, a czego samo mogłoby nauczyć się od instytucji i animatorów działających w pozostałych częściach województwa?
Myślę, że taką specyfiką suwalskiego środowiska kultury jest to, że organizujemy wielkie, czasami międzynarodowe wydarzenia kulturalne – nie mamy mentalnej granicy naszych działań. Nie mamy kompleksów wobec reszty Polski. Generalnie, pewnie większość Suwalczan ma przekonanie, że mieszkamy w najpiękniejszym zakątku naszego kraju i wszystko, co robimy jest wyjątkowe. Podlasie, które często jest traktowane, bardzo zresztą niesłusznie, jako „najdzikszy” zakątek Polski, może się od Suwalszczyzny uczyć takiego myślenia o sobie samym, jako o centrum bez odnoszenia się, czy porównywania z innymi regionami.
Czego byśmy mogli się nauczyć od instytucji i animatorów działających w reszcie województwa. Myślę, że przede wszystkim współpracy, sieciowania i wspólnego wspierania się. Jest to zupełnie niesamowite.
Jeżeli mogłabyś zmienić jedną rzecz w funkcjonowaniu instytucji kultury w Polsce, co by to było?
Chciałabym, żeby instytucje kultury były bardziej otwarte na człowieka, żeby były miejscem jego naturalnego rozwoju, żeby wszyscy czuli się w nich dobrze, zarówno odbiorcy, jak i twórcy.
Co powiedziałabyś młodym osobom, które chcą związać swoją przyszłość z pracą w kulturze?
Powiedziałabym, że to wspaniale – jest to praca, która może przynosić wiele satysfakcji i dawać autentyczne szczęście.
Nad czym aktualnie pracujesz i jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
Mam wiele planów, ale wolałabym na ten temat się publicznie nie wypowiadać, żeby nie zapeszyć.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Przemek Waczyński
